Facebooki i inne internety a prawa autorskie i utwory osierocone

Wielu znajomych fotografów pytało się mnie, czy chce mi się pod każdymi publikowanymi zdjęciami na Facebooku wklepywać opis: „Copyright: Maciej Chyra www.maciejchyra.com”. Oczywiście nie chce mi się i nie chciałoby mi się. Powyższy opis Facebook sam dodawał na podstawie metadanych umieszczonych w pliku zdjęcia. Dodawał.

Cyfrowe lustrzanki np. Canon i Nikon, posiadają w menu opcję wpisywania danych autora/właściciela aparatu, w pozycji „Copyright” i „Author”, które następnie umieszczane są w metadanych (EXIF) zdjęcia. Wiele serwisów internetowych i aplikacji rozpoznaje metadane i z reguły odczytują one: model aparatu, przysłonę, czas naświetlania, ISO, ogniskową i inne parametry. Facebook również to robi i kolekcjonuje je, z tym, że po każdym uploadzie zdjęcia jest ono przetwarzane przez serwer, rekompresowane i czyszczone z metadanych w tym o autorze i prawach autorskich. Tak więc, jeśli wrzucimy fotkę na FB, a następnie ściągniemy ją na komputer i spróbujemy odczytać EXIF, to nic nie otrzymamy. Wpis o autorze i prawach zniknął.

Do maja 2013 roku Facebook pomagał fotografom i automatycznie w opisie zdjęcia podawał informacje z pól „Copyright” i „Author”, stąd też pod każdym moim zdjęciem pojawiał się opis z aparatu: „Copyright: Maciej Chyra www.maciejchyra.com”, zaś po ok. 26 maja 2013 r. Facebook nie informuje społeczeństwa o prawach i autorach danego zdjęcia na podstawie metadanych.

Jeśli zależy nam na tym aby nie zapomniano o nas, to albo podpisujemy „z palucha” każdą fotografię, albo dodajemy znak wodny na fotkę, albo to i to (ja tak właśnie robię).
Dlaczego w ogóle warto zadbać o podpisywanie zdjęć, czy to watermarkiem, czy podpisami wrzucanych na Facebooka oraz inne serwisy społecznościowe np. Google+, NK, Flickr itd.?

Otóż dlatego, że zdjęcia wędrujące po internecie „gubią” swoich autorów. Właściciele stron facebookowych z ładnymi/śmiesznymi/głupimi obrazkami stworzone aby wrzucać wszystko, co może kogoś zainteresować po tzw. lajki żebrajki mają gdzieś prawa autorskie. Znajomi, którzy lubią i udostępniają Wasze zdjęcia także uruchamiają machinę rozpowszechniającą fotografie w internecie. Lajki na FB, piny na Pintereście, wyszukiwarka obrazków Google powodują, że utwory-zdjęcia wędrują bez jakiejkolwiek kontroli i informacji o autorze, czyli o Was. Takie zdjęcie, którego autora nie można ustalić nazywa się utworem osieroconym. A jak nie można ustalić autora, to dlaczego by nie korzystać do woli z takich fotografii? Drukować, publikować, tworzyć plakaty, bilboardy, jednym słowem korzystając za darmo i bez ograniczeń. Po co kupować zdjęcia na stockach, zatrudniać fotografów i robić sesje, skoro można wygooglać sobie odpowiednią fotkę do reklamy i puścić ją na plakaty czy w internet.

Dlaczego Facebook przyłożył rękę do „likwidowania autorów” – pomaga w osieroceniu fotografii? Może to tylko teoria (spiskowa przeciwko FB?), w której mówi się o dowolnym wykorzystaniu zdjęć przez koncern Facebook i jego partnerów – korporacje. Dowolne odsprzedawanie, stosowanie, używanie bez jakichkolwiek konsekwencji prawnych otwiera wielkie możliwości. Po części to już się odbywa. Pamiętacie kontrowersyjny regulamin Naszej Klasy, gdzie akceptujesz udostępnianie, lub wylatujesz z NK? Zakładając konto na Facebooku od razu akceptujesz wykorzystywanie Twoich zdjęć przez FB i jego partnerów handlowych, z tym, że prawa do zdjęć ciągle należą do Ciebie. A co będzie jeśli już nie będą Twoje, bo nikt Cię nie powiąże jako autora utworu? Hulaj dusza, piekła nie ma.

Ponieważ prawo i jego interpretacja nie jest moja najmocniejszą stroną, dlatego po więcej o prawie i utworach osieroconych odsyłam do poczytania tutaj: http://www.f-lex.pl/strach-ma-wielkie-oczy-czyli-o-utworach-osieroconych/

Podsumowując, jeśli chcecie zapobiec utracie kontroli nad swoimi fotografiami, to:

  • podpisujcie zdjęcia, znakiem wodnym, z imieniem i nazwiskiem, e-mailem lub www, tak aby można było Was odnaleźć. Tylko, litości, nie podpisujcie w sposób: JASIO FOTOZIUTEK PHOTOGRAPHY, bo to, nie dość, że nie pozwala na kontakt z Wami, to jest naprawdę lamerskie. Serio, taki podpis nie jest PRO,
  • możecie dodatkowo podpisywać zdjęcia w ich opisach. Może to nie będzie wędrowało po necie z informacją o Was, ale udostępnianie w ramach portalu FB będzie kierowało do Was ponieważ Facebook linkuje imię i nazwisko do profilu.

Są to metody zapobiegawcze, które nie eliminują całkowicie problemu, gdyż każdy sprytny grafik jest w stanie usunąć podpis z foty. Jednakże poważni ludzie i firmy prędzej skontaktują się z Wami w sprawie zdjęcia niż pomyślą o jego kradzieży.

PS. Przemyślcie także, jakie zdjęcia wrzucacie na FB i inne portale. Być może teraz są one niewinne, ale jaką będą miały one moc za kilka lub kilkanaście lat?